Hej, cześć, witam. Z góry wybaczcie, że rozdział jest nieco krótki, lecz starałam się jak najszybciej go opublikować. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. Nie przedłużając - zapraszam! ♥
~nana
Spojrzała z nienawiścią prosto w jego platynowo-szare oczy i uniosła ręce w obronnym geście, chcąc uchronić się przed ciosem, jaki szykował zadać się jej Malfoy. Strach wypełniał każdą komórkę ciała, a jej mózg wypełniało pytanie, zadawane sobie już od ponad 7 lat. Dlaczego?!
~nana
Spojrzała z nienawiścią prosto w jego platynowo-szare oczy i uniosła ręce w obronnym geście, chcąc uchronić się przed ciosem, jaki szykował zadać się jej Malfoy. Strach wypełniał każdą komórkę ciała, a jej mózg wypełniało pytanie, zadawane sobie już od ponad 7 lat. Dlaczego?!
Skuliła się jeszcze
bardziej, a w jej głowie panowała pustka, nie pozwalająca jej na wymyślenie
żadnego planu ucieczki czy też odparcia ataku. Zaskoczył ją.
Jednak cios i ból, na jaki czekała, nie nastąpił.
Szczerze zdziwiona opuściła powoli ręce, kładąc je na kolanach i podniosła
powoli głowę do góry, by spojrzeć na swojego odwiecznego wroga.
Chłopak spoglądał na nią z nieodgadnionym
wyrazem twarzy ,a jego oczy nie wyrażały kompletnie nic. Pokerowa twarz. Puste,
chłodne oczy, mierzące ją w zamyśleniu.
O czym myślał?
Może doszedł do wniosku, że przemoc fizyczna nie jest
jednak w jego stylu i kombinował właśnie jakieś potworne zaklęcie, aby ukarać
ją, nędzną szlamę, nie mająca prawa przebywać w magicznym Hogwarcie.
Przeraziła się szczerze na tą myśl i przysunęła
się szybko do kamiennej ściany. Poczuła jej chłód na plecach i wzdrygnęła się
nieznacznie. Była Gryfonką, do cholery! Była z Domu Lwa, którego uczniów cechowała
odwaga, męstwo. I takie też były jej cechy charakteru! Na wojnie dużo przeszła,
co sprawiło, że stała się twarda. Wycierpiała dużo, zarówno psychicznie jak i
fizycznie, lecz stała się przez to dużo lepszą czarownicą. Nie była już tą samą
Hermioną Granger.
Dlaczego więc, siedziała teraz żałośnie,
obawiając się tego podłego, byłego już, śmierciożercy?
Spojrzała na niego przelotnie. Spuścił głowę,
wbijając wzrok w czubki butów. Platynowa grzywka opadała mu na twarz,
przysłaniając stalowe oczy.
Dlaczego jej jeszcze nie uderzył? Dlaczego
zamachnął dłonią i zrezygnował w połowie drogi do jej twarzy? Dlaczego w ogóle
podniósł na nią rękę? Czym Hermiona zaszła mu za skórę, że tak bardzo jej
nienawidził?
Odpowiedź była niezwykle prosta. Banalnie była
przecież prosta. Hermiona Granger, mieszkanka Gryffindoru, jedna z
najzdolniejszych czarownic w dziejach Hogwartu wychowała się w mugolskiej
rodzinie. Żadne z jej rodziców nie miało w sobie ani krzty magii. Jednak jakiś
przodek w jej rodzinie najwyraźniej był osobą posiadającą zdolności magiczne,
które uaktywniły się dopiero u niej.
W ciągu swojej całej nauki w Hogwarcie, Hermiona
spotkała się z wieloma złośliwymi docinkami, doprowadzającymi ją nieraz do
płaczu, na temat jej pochodzenia.
Brudna krew, jak zdawali się myśleć o niej
niektórzy. Dla niektórych uczniów tej szkoły, status krwi i pochodzenie
wystarczało, by ocenić kogokolwiek. A tymi uczniami byli mieszkańcy Domu Węża.
Ślizgoni. Zapatrzone w siebie czystokrwiste, arystokratyczne dupki. Wśród nich, w dręczeniu Hermiony
przodował nikt inny, jak Draco Malfoy, śmierciożerca Voldemorta.
Ile to nocy Granger nieprzespała, łkając cicho w
poduszkę, by nie obudzić przypadkiem swoich śpiących współlokatorek. Było ich
zdecydowanie za dużo.
- Nic niewarta szlama - pełen ironii i nienawiści głos
Malfoya, sprawił, że dziewczyna poderwała się jak oparzona, wyrwana z bolesnych
rozmyślań. Szybko jednak się opanowała. Spojrzała na niego beznamiętnie, próbując
zachować twarz. Wreszcie postępuje zgodnie z sobą, jak prawdziwa Gryfonka.
- Podły śmierciożerca, bez serca - odpysknęła wrednie,
rzucając mu twarde spojrzenie.
Chciała trafić w jego czuły punkt. Chciała,żeby go
zabolało. Chciała wywołać w nim ból, spowodowany jej słowami. Żeby czuł, to co
ona.
Doskonale zdawała sobie sprawę,że bycie śmierciożercą
nie było dla Malfoya wcale łatwe. To była przeszłość, do której chłopak nie
chciał wracać. Chciał o niej zapomnieć, wyrzucić z umysłu, lecz doskonale
zdawali sobie sprawę,że łatki sługusa Czarnego Pana się szybko nie pozbędzie. O
ile w ogóle.
Rzuciła mu twarde, nienawistne spojrzenie i zajrzała
mu prosto w oczy. Ujrzała w nich niemy ból i wściekłość, tak jak
zamierzała. Nie przewidziała jednak, co stanie się za moment...
W jednej chwili blondyn rzucił się na nią, przygwożdżając
ją boleśnie za nadgarstki do chłodnej podłogi. Wydała z siebie cichy okrzyk
przerażenia i zaczęła wić się rozpaczliwie pod jego ciałem, próbując się
uwolnić. Bez skutku.
Blondyn miał zdecydowaną przewagę siłową a jej
desperackie próby, sprawiły tylko,że mocniej ścisnął jej nadgarstki,
spoglądając jej głęboko w oczy, z sadyzmem w spojrzeniu.
Zabolało.
Dziewczyna syknęła z bólu.
- Może rzuć we mnie Cruccio,
do cholery. Oszczędzisz sobie czasu i siły. - warknęła wściekle, gdy do
głowy wpadła jej niebezpieczna myśl. Nie wahając się długo nad konsekwencjami,
plunęła Ślizgonowi prosto w twarz.
Podziałało.
Oniemiały na moment jej czynem, były
śmierciożerca, poluzował uścisk,co dziewczyna szybko i skrzętnie wykorzystała.
Odepchnęła go mocno na bok i szybko pozbierała się z podłogi.
Zaczęła biec,
potykając się o własne nogi. Serce waliło jej jak młotem. Adrenalina skoczyla
jej do głowy. Po kilkudziesięciu krokach, odwróciła się, by zobaczyć jak Malfoy
staje z podłogi i unosi różdżkę celując w jej stronę.
- DRĘTWOTA!
- krzyknął, a jego wściekły głos
rozniósł się echem po korytarzu.
Pisnęła głośno
i rzuciła się w bok, aby uniknąć lecącego w jej stronę obezwładniającego
strumienia zaklęcia. Odbiło się ono na szczęście od kamiennej ściany zamku,
co Grygonka przyjęła z chwilową ulgą.
Cholera,
dlaczego teraz nie mam różdżki, szepnęła do siebie przerażona w duchu, nie
przestając biec, gdy usłyszała stalowy głos blondyna, stojącego kilkanaście
metrów za nią.
- Ty mała szlamo, nie uciekniesz przede mną! Jeszcze się policzymy! Lecz wtedy
nie będzie już z Tobą tak dobrze.
Struchlała na
moment słysząc wypowiedzianą groźbę i odwróciła się, by spojrzeć na oprawcę.
Lecz zobaczyła już tylko jego plecy, oddalające się szybkim krokiem od niej. Po
chwili Malfoy zniknął z pola jej widzenia, skręcając za rogiem.
Dziewczyna
bezwiednie osunęła się po ścianie i ukryła swoją twarz w dłoniach. Poczuła łzy,
niekontrolowanie cieknące po jej rozgrzanym policzku. Przyciągnęła kolana do
siebie i zacisnęła mocno powieki, nie chcąc by ta słabość, jaką był płacz, ją
dopadła.
Po chwiki, korytarzem rozniósł się echem
jej histeryczny płacz bezsilności.
***
Czuł, że przesadził
tym razem i to mocno. Nie chciał zrobić Granger żadnej krzywdy. Cholera.
Przecież on nie był żadnym damskim bokserem i nigdy w życiu nie podniósł ręki
na niewinną kobietę.
Poniosły go emocje, trzymane zazwyczaj na
wodzy. Nie chciał jej popchnąć wtedy na tym korytarzu i patrzeć z satysfakcją,
jak skulona ze strachu, zasłania twarz przed jego ręką. Co się z nim działo, do
cholery?! Przed wojną nigdy jeszcze nie posunąłby się do czegoś takiego. Nawet,
jeśli Gryfonka była szlamą.
Po II Bitwie o Hogwart i śmierci Lorda
Voldemorta, uwolnił się, jak sądził, z brzemia bycia poplecznikiem Czarnego
Pana, bycia śmierciożercą. Chciał raz na zawsze skończyć z bolesną dla niego
przeszłością z której nie był w żadnym stopniu dumny. Nie chciał, by tak ona
wyglądała.
Śmierciożerca, który zabił wiele niewinnych
istnień.
Oto, kim był z przymusu.
Chciał normalnego życia. Nie chciał brzemia, jakim
były liczba osób, które niby bezlitośnie pozbawił życia. Dziewięćdziesiąt
czworo istnień. I po co to wszystko było?! Ten cholerny Tom Riddle i tak zginął
a z nim, wszystkie chore plany rządzenia światem. Po jego śmierci większość
jego śmierciożerców trafiła do Azkabanu, gdzie było ich miejsce. Niech tam
zgniją, dręczeni przez dementorów.
Tam też było i miejsce Dracona. Jego ojciec już
powoli tam odliczał dni do końca swojego żywota.
Lecz od czego jest wpływowa matka Draco?
Ślizgon
parsknął pod nosem, przypominając sobie swój proces. Pełna bólu Narcyza,
broniła go, całą winę zrzucając na swojego męża. Lucjusz przyczynił się do
tego, że Malfoy Junior również stał się człowiekiem Voldemorta. To on go w to
wszystko wciągnął.
Cholerny
głupiec. Nie liczył się z niczym.
Blondyn westchnął cicho, odgarniając włosy z
czoła.
Chciał normalnego życia. Tyle.
Dlatego wrócił do Hogwartu, aby kontynuować ostatni,
siódmy rok nauki, którego nie dał rady zakończyć. Był przygotowany na pogardę i
nienawiść ze strony innych uczniów. Przecież on był tym, który wpuścił
śmieciożerców do zamku, przecież on był jednym z jego popleczników, przecież on
był z tymi, którzy zabili im członków rodziny i najbliższych przyjaciół.
Gdyby
mogli, sami by go wykończyli. W ich sercach dla Dracona Malfoy’a nie było
szansy na nic innego, jak szczerą nienawiść i potępienie.
Zdawał sobie z tego doskonale sprawę. I nie był
dumny, a pomimo szczerych chęci wiedział, że przeszłość będzie go dopadać,
przypominać wszelkie bolesne wspomnienia, że będą go nawiedzać w snach twarze
osób, zabitych przez niego. Dziewięćdziesiąt cztery istnienia…
Nagle poczuł, że wpada na kogoś i oboje lądują
na twardym podłożu. Zaklął cicho pod nosem i już miał zrugać osobę, żeby
patrzyła jak chodzi, gdy jego dłoń dotknęła coś miękkiego. Piersi.
Na jego twarz wpłynął ironiczny uśmieszek i spojrzał
na postać leżącą pod nim. Dosyć charakterystyczne, płomiennorude włosy mogły
oznaczać tylko jedną dziewczynę…
- Weasley? Patrz jak łazisz, może? – mruknął
cicho, schodząc z dziewczyny i wstając powoli. Podał jej pomocną dłoń,
którą z błyskawicami w oczach, odrzuciła, samodzielnie się podnosząc z podłogi.
Gryfonka z rumieńcami wściekłości na policzkach,
odrzuciła dumnie do tyłu rude włosy, do złudzenia zlewające się kolorem z jej
twarzą.
- Spadaj, nędzna szumowino! – warknęła wściekle,
zakładając ręce na piersi.
- Weasley, nie
pień się tak złotko. Złość piękności szkodzi – wyrecytował stare, mugolskiej przysłowie,
obserwując zza przymrużonych powiek, jak furia powoli wkrada się na twarz
dziewczyny. Tak łatwo dała wyprowadzić mu się z równowagi.
- Ah, zamknij
się, Ty przebrzydły śmierciożerco. No czekam, walnij we mnie avadą! Przecież to
dla Ciebie nic! – warknęła, podchodząc do Malfoya i zaglądając mu prosto w oczy
– Powiedz mi, ile osób zabiłeś z zimną krwią… Powinieneś teraz tkwić w
Azkabanie jak reszta takich jak Ty… Wpływowa mamusia. – zaśmiała się gorzko - Gdybym
mogła, zabiłabym Cię teraz bez najmniejszego zawahania, wstrętna tchórzofretko…
- ton głosu zniżyła już do szeptu. Pokręciła powoli głową. – Wiesz co, Malfoy? Brzydzę
się Tobą. – dodała po chwili namysłu, po czym jak gdyby nigdy nic, odeszła od
niego, powoli zmierzając w stronę Wielkiej Sali.
Poczuł jak
wielka nienawiść i obrzydzenie do samego siebie, wraca z zdwojoną siłą. Na
chwilę zabrakło mu powietrza. Czuł, że się dusi. Jego serce zaczęło bić dużo
szybciej niż zwykle. Oparł się natychmiast o ścianę, próbując uspokoić swój
atak.
Jestem potworem, cholernym potworem!
KURWA MAĆ!
Poczuł wielką, nie do przełknięcia gulę w gardle i
jedną, malutką łzę, spływającą mu po policzku i brodzie. Upadł na
czworaka, na podłogę, czując, że jedyne czego chce w tej chwili, to szybka śmierć.
***
- Ginny? Ej! Kochanie, co się stało? – zapytał
zdumiony Harry Potter, spoglądając z niepokojem na swoją dziewczynę, siadającą
obok niego z rządzą mordu w oczach. Cała się trzęsła, nie
mogąc się ani trochę uspokoić.
- Nic! – warknęła wściekła, rzucając
czarnowłosemu krótkie, przepełnione bólem spojrzenie, po czym sięgnęła po tost
i dżem porzeczkowy. Przed oczami jak żywy stanął jej Fred i jego
przeraźliwie blada, bez żadnych emocji twarz. Tak bardzo nienawidziła Malfoya i
wszystkich, którzy podczas wojny byli po stronie Voldemorta! Gdyby nie to
wszystko… Fred nadal by żył…
- Hej, kochanie, widzę, że coś się stało.
Inaczej nie wpadłabyś tak wściekła tu i nie rzucałabyś tak nienawistnych
spojrzeń. Powiedz co się stało – mruknął cicho chłopak, obejmując mocno ręką
trzęsącą się z emocji istotkę, za którą bez wahania zdolny był oddać swoje
życie.
- Mówię, że nic, okay? – burknęła cicho,
smarując kromkę, gdy nagle ta upadła na podłogę. Zaklęła siarczyście pod nosem,
schylając się po tosta. Nie mogła uspokoić drżenia tej cholernej
ręki.
- No jasne, a ja przyjaźnię się z Malfoy’em –
zironizował czarnowłosy, nie wiedząc nawet jak bardzo jego słowa wpłynęły na
dziewczynę. Na moment zesztywniała, by po chwili uspokoić rozbiegane myśli.
- Harry, nic. Okay? Dasz mi wreszcie spokój?
Odwal się – westchnęła cięzko, patrząc Wybrańcowi prosto w oczy. Miał takie
śliczne, szmaragdowe tęczówki…
Chłopak uniósł
brwi, urażony jej słowami, ale po chwili namysłu, kiwnął tylko głową i usiadł
prosto przy stole.
Nie chce mówić? Jej sprawa, nie będzie naciskać
na nią.
Sięgnął po niedokończoną kanapkę z pomidorem i
szynką i zaczął jeść, powoli przeżuwając. Po chwili poczuł nieśmiałe
szturchnięcie w bok. Uśmiechnął się i odwrócił się do dziewczyny. Spoglądała na
niego tymi wielkimi, brązowymi oczami ze smutkiem. Bez słowa, odłożył kanapkę z
powrotem na talerz i zamknął dziewczynę w silnym uścisku ramion.
Westchnęła cicho. W jego objęciach czuła się tak
bezpiecznie, tak wyjątkowo. Przy nikim innym nie czuła się tak cudownie.
Wiedziała, czuła, że Harry jest wielką miłością jej życia i nie chciała
stwarzać między nimi jakiś konfliktów, sporów, lecz to co wydarzyło się przed
paroma minutami, kompletnie wyprowadziło ją z równowagi. Chciała zapomnieć o
wszystkich okropieństwach wojny, jakoś się pozbierać, lecz ta blada twarz
Ślizgona, nie pozwalała jej tego zrobić.
- Kocham Cię, Harry… I przepraszam za moje
zachowanie, ale… - zawahała się na moment. Nie chciała mówić Wybrańcowi prawdy,
że spotkanie Malfoya znowu wyzwoliło w niej wszystkie drastyczne wspomnienia. Potter
wściekłby się, a tego nie chciała. – Po prostu… Mam taki gorszy dzień i
wszystko, dosłownie wszystko mnie irytuje. Przepraszam. – westchnęła skruszona,
robiąc minę zbitego psiaczka.
Kłamstwo
o kobiecych dniach, dosyć oryginalnie.
Czarnowłosy uśmiechnął się lekko na słowa Ginny.
Ujął palcami jej podbródek, tak aby spojrzała na niego i po chwili dotknął jej
ust swoimi wargami. Miała takie cudowne, malinowe usteczka… Idealnie stworzone
do całowanie przez niego. Całował ją coraz namiętniej, a ona bez
wahania to odwzajemniała.
- Też Cię kocham, Wiewiórko – mruknął po chwili,
odrywając się niechętnie od jej ust i zanurzając twarz w jej puszystych,
płomiennorudych włosach. Pachniały cudownym zapachem malin, który Harry wprost
uwielbiał.
- Kochanie?
- Mhm?
- Widziałeś Hermionę? Była na kolacji?
- Hm, nie… Nie przyszła jeszcze. Może
zasiedziała się w bibliotece, wiesz jaka ona jest… - zaśmiał się cicho na
wspomnienie Hermiony przesiadującej całe popołudnia w jej ulubionym miejscu,
jakim była hogwarcka biblioteka.
- No może… - mruknęła pod nosem Ruda, odwracając się
od chłopaka i sięgając po srebny kielich z sokiem dyniowym.
***
Hermiona
cicho pustym już stąpała korytarzem, idąc w kierunku Wielkiej Sali, gdzie
zamierzała zjeść w milczeniu kolację. Wspomnienie Malfoya nadal boleśnie
siedziało w jej głowie, sprawiając jej samym tym wiele bólu psychicznego. Czuła
jak coś powoli ją wyniszcza od środka. Wraz z blondynem, przybyły wszystkie
wspomnienia o których ona, jak wszyscy, chciała zapomnieć.
W te kilka miesięcy nie dała rady się
pozbierać. Na to będzie potrzebować długie lata, aby zapomnieć, choć trochę o
tym wszystkim.
W tak krótkim czasie stracić tak wiele osób
jej bliskich… Przez chore aspiracje Voldemorta.
Lavender Brown, Fred Weasley… To były tylko
niektóre osoby z morza pozbawionych życia. Hermiona zastanawiała się ile ofiar
pochłonęło to morze. Ile osób musiało stracić życie w tym chorym horrorze? Ile
osób musiało wycierpieć stratę najbliższych, ile osób drżało codziennie o swoje
życie, nie chcąc znaleźć się po drugiej stronie…
Gryfonka wydała z siebie ciche westchnienie. Zaczęła
zastanawiać się czy na pewno dobrze zrobiła, podejmując decyzję o powrocie do
Hogwartu i ukończeniu siódmego roku. Z jednej strony nie miała się gdzie
podziać, nie miała domu, jej rodzice błąkali się gdzieś po świecie, święcie
przekonani, że nie mają córki… A wszyscy, przynajmniej większość jej przyjaciół
również zdecydowała się na powrót do Hogwartu.
Zaś z drugiej strony, ten zamek, pełen magii,
do którego wracała co roku z zapałem i energią do nauki, kojarzył jej się teraz
tylko z krzykami ofiar, widokiem martwych ciał… Przygryzła dolną wargę. Nie wiedziała czy to wytrzyma. Było to dla
niej nazbyt bolesne.
Nagle
usłyszała ciche kroki za sobą. Zmarszczyła brwi a jej ręka zacisnęła się na
różdżce trzymanej w kieszeni czarnej bluzy. Pewnych odruchów już się nie pozbędzie.
Gwałtownie odwróciła się do tyłu, by zobaczyć,
kto idzie za nią, lecz jej wzrok napotkał tylko pusty korytarz. Poczuła panikę.
Co u licha?!
- Nie radzę Ci się ruszać i krzyczeć, głupia dziewczyno, bo inaczej będą to twoje
ostatnie sekundy życia… - usłyszała cichy szept za sobą i chłodne ostrze przykładane jej do szyi. Struchlała. Jej ciało zesztywniało, a serce
zaczęło znowu bić o wiele za szybko.
O nie... Kto to mógł być ? Jeśli to Draco (chociaż myślę, że może to jeszcze być ktoś inny ), to oby jej nic nie zrobił ! Zaciekawiłaś mnie i to jak ! Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału ! <3 Dużo weny życzę :*
OdpowiedzUsuń~Rennervate
Jej,pierwsza osoba skomentowała na moim blogu! ~
UsuńCieszę się,że Cię zaciekawiłam ^^
Dziękuję bardzo! c:
Ja nie mogę! Kto to może być? Ja chcę wiedzieć! Teraz. Już. Natychmiast. R-O-Z-U-M-I-E-S-Z? I skoro rozpoczęłam swój koncert życzeń to go też skończe. Wstawiasz nastęny rozdział. To rozkaz, nie prośba ;) Świetny rozdział.
OdpowiedzUsuńŻyczę weny i pozdrawiam.
Następny rozdział będzie do pięciu dni. ^^
Usuń